Hydrolat to najbardziej niedoceniany produkt lawendowy. Kosztuje ułamek tego, co olejek, jest znacznie łagodniejszy i można go używać codziennie — a mimo to większość osób nie bardzo wie, czym właściwie jest. Wyjaśniamy, skąd się bierze, do czego się nadaje i czym różni się od „wody lawendowej” z drogerii.
Przy destylacji kwiatów lawendy para wodna przechodzi przez surowiec i porywa ze sobą substancje zapachowe. Po skropleniu rozdziela się na dwie warstwy: na wierzchu zbiera się olejek eteryczny, pod nim zostaje woda — i to właśnie jest hydrolat.
Ta woda nie jest odpadem. Zawiera rozpuszczalne w niej związki, których w olejku prawie nie ma, oraz jego śladową ilość — rzędu dziesiątych części procenta. Stąd bierze się cała różnica w zastosowaniach: hydrolat lawendowy jest na tyle łagodny, że można go nakładać wprost na skórę, podczas gdy olejku nigdy się tak nie stosuje.
To rozróżnienie warto znać przy zakupach. Prawdziwy hydrolat powstaje wyłącznie z destylacji i na etykiecie ma jeden składnik: Lavandula angustifolia flower water. „Woda lawendowa” bywa natomiast zwykłą wodą demineralizowaną z dodatkiem kompozycji zapachowej — pachnie podobnie, ale to zupełnie inny produkt.
Prosty sprawdzian: zapach hydrolatu jest wyraźnie bardziej zielony, ziołowy i mniej „perfumeryjny” niż olejku. Jeśli coś pachnie dokładnie jak kosmetyk z półki, prawdopodobnie ma dodany aromat.
Najczęstsze zastosowanie. Po umyciu twarzy spryskaj skórę z odległości 20–30 cm albo nanieś na płatek i przetrzyj. Hydrolat lekko nawilża i przygotowuje skórę pod krem. Nie zastępuje kremu — po nim nadal nakładamy nawilżenie, bo sama woda odparowuje.
Jeśli masz skórę wrażliwą, zacznij od testu na przedramieniu i odczekaj dobę.
Dwa–trzy psiknięcia na poszewkę przed snem. To wygodniejsze i bezpieczniejsze niż olejek, bo hydrolat jest wodny — nie zostawia tłustych plam i nie nasyca tkaniny na stałe. Jeśli śpisz na poduszce z wypełnieniem naturalnym, spryskuj wyłącznie poszewkę, nigdy samo wypełnienie.
Gdy woreczek z suszoną lawendą po kilku miesiącach przestaje pachnieć, wystarczy lekko spryskać go hydrolatem i rozetrzeć w dłoniach. Zapach wraca na kilka tygodni.
Chłodny hydrolat prosto z lodówki przynosi ulgę zgrzanej skórze. Na rozległe oparzenia słoneczne to jednak za mało — tam potrzebny jest preparat apteczny, a przy pęcherzach lekarz.
Spryskany na skórę głowy przed myciem albo na końcówki po umyciu. Nie utwardza fryzury i nie obciąża włosów — działa raczej jako lekkie odświeżenie.
Zamiast wody w spryskiwaczu. Pościel i koszule pachną delikatnie przez kilka dni. Nie wlewaj hydrolatu do zbiornika żelazka — resztki roślinne mogą zatkać dysze.
Hydrolat to woda, a woda jest środowiskiem dla bakterii. Produkt bez konserwantów wymaga trochę uwagi:
To nie są produkty konkurencyjne, tylko o różnym przeznaczeniu.
Jeśli dopiero zaczynasz przygodę z lawendą, hydrolat jest lepszym pierwszym zakupem — trudniej nim coś zepsuć.
Część hydrolatów jest produkowana w jakości spożywczej i bywa dodawana do napojów czy deserów, ale dotyczy to wyłącznie produktów, które mają to wyraźnie napisane na etykiecie. Hydrolatu kosmetycznego nie pijemy.
Hydrolat jest znacznie łagodniejszy niż olejek eteryczny i bywa stosowany u starszych dzieci — na poszewkę, nie na twarz. U niemowląt i przy skórze atopowej zapytaj najpierw pediatrę lub dermatologa.
Bo zawiera inny zestaw związków. Zapach hydrolatu jest bardziej trawiasty i mniej słodki — to normalne i nie świadczy o gorszej jakości.
Przy normalnym spryskiwaniu nie. Może natomiast zostawić ślad, jeśli oblejesz jedno miejsce — wtedy po prostu wyprzyj rzecz jak zwykle.
Na poszewkę dwa–trzy, na twarz jedno–dwa. Zapach ma być wyczuwalny przy zbliżeniu, a nie wypełniać pokój — w aromaterapii mniej działa lepiej niż więcej.
Hydrolat to produkt „na co dzień”: tani w użyciu, trudny do przedawkowania i wielozadaniowy. Jeśli miałbyś wybrać jedną rzecz lawendową do domu, zacznij właśnie od niego — a po olejek sięgnij wtedy, gdy będziesz chciał czegoś mocniejszego do dyfuzora albo do masażu.